Info
Suma podjazdów to 373 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Maj1 - 0
- 2013, Kwiecień3 - 3
- 2012, Listopad1 - 1
- 2012, Październik3 - 0
- 2012, Sierpień5 - 0
- 2012, Lipiec1 - 0
- 2012, Czerwiec6 - 6
- 2012, Maj6 - 16
- 2012, Kwiecień10 - 10
- 2012, Marzec10 - 17
- 2012, Luty1 - 3
- 2012, Styczeń3 - 0
- 2011, Grudzień14 - 8
- 2011, Listopad19 - 23
- 2011, Październik20 - 22
- 2011, Wrzesień17 - 17
- 2011, Sierpień15 - 2
- 2011, Lipiec9 - 7
- 2011, Czerwiec13 - 8
- 2011, Maj13 - 18
- 2011, Kwiecień12 - 5
- 2011, Marzec1 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik1 - 1
- 2010, Wrzesień5 - 2
- 2010, Sierpień6 - 0
- 2010, Lipiec3 - 4
- 2010, Czerwiec5 - 2
- 2010, Maj5 - 3
- 2010, Kwiecień7 - 8
- 2009, Sierpień1 - 2
- 2009, Lipiec3 - 0
- 2009, Czerwiec3 - 0
- 2009, Maj3 - 0
- 2009, Kwiecień1 - 0
- DST 100.54km
- Teren 40.00km
- Czas 05:16
- VAVG 19.09km/h
- VMAX 41.30km/h
- Kalorie 1870kcal
- Sprzęt madi foks
- Aktywność Jazda na rowerze
Świnoujście part 2
Środa, 24 sierpnia 2011 · dodano: 26.08.2011 | Komentarze 1
Najbardziej hardcorowa wycieczka w całej mojej rowerowej karierze. Bardzo terenowa, bardzo deszczowa, bardzo podjazdowo - zjazdowa. Wybraliśmy się z Maćkiem ze Świnoujścia do Pennemunde (Dojczland), aby zwiedzić muzeum i popatrzeć na radzieckie uboty. Poniżej fotorelacja:
Granicę przekroczyliśmy tuż "pod domem"
Nie zdążyliśmy się rozpędzić i po chwili złapała nas mega ulewa, którą przeczekaliśmy w niemieckim biurze podróży
Po przejechaniu kilku kilometrów lasem wyglądaliśmy mniej więcej tak, jak kot powyżej (dla niedowidzących cały tył w błocie)
Cały czas jechaliśmy trasą wzdłuż wybrzeża. Cierpienie po morderczych podjazdach i szaleńczych zjazdach rekompensowały nam widoki na morze :)
Do celu dotarliśmy tempem spacerowym. Na miejscu okazało się, że zarówno uboty jak i muzeum są mocno przereklamowanym szajsem. Wkurzeni bezlitośnie hałaśliwym tłumem zdecydowaliśmy się na powrót. Pragnę podkreślić, że jazda z kotem to dla mnie niemałe wyzwanie - trudno mu dotrzymać koła. Starałam się jak mogłam - nie ma prawa narzekać :)
Wieczorem - mimo potwornego bólu kolan (mua) udaliśmy się znowu nad morze posłuchać szumu fal i bzyczenia komarzysk. I jak przystało na koty pomizialiśmy się trochę, ale jako że miejsce było publiczne zrobiliśmy to wyjątkowo dyskretnie :)
